poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Tajlandia i Kambodża - podróż i pierwsze wrażenia

Czy w Tajlandii i Kambodży można bać się o swoje życie? Jakie wrażenie zrobiła na mnie ta metropolia południowo-wschodniej Azji? Co może zdziwić Europejczyka wybierającego się w te rejony? Odpowiedzi na te pytania, mnóstwo zdjęć i ciekawostek znajdziecie w tym poście oraz w kilku następnych należących do serii dotyczącej mojej podróży.


1. Sama podróż była dość długa. Po raz pierwszy leciałam z przesiadką - miała ona miejsce w stolicy Kataru. Moja mama, która parę lat mieszkała w kraju arabskim uprzedziła mnie, żebym odpuściła sobie szorty czy bluzki na ramiączkach ze względu na kulturę tam panującą. Bardzo się cieszę, bo nawet w tshircie, bluzie i długich spodniach czułam się bardzo niekomfortowo.
Czas czekania na lotnisku wyniósł prawie trzy godziny. Katar jest bardzo bogatym krajem, dlatego też ceny nie były błahe - tak więc moim jedynym zakupem był arabski Vogue (lubię kupować wersje kultowych magazynów modowych za granicą, a konkretniej w Azji i generalnie na Wschodzie - bardzo łatwo można w ten sposób poznać kulturę i cechy rynku, bo bardzo mnie zawsze ciekawi).

 Kilkumetrowa maskotka,przedstawiająca symbol miasta Doha. 

2. Pierwsza rzecz, jaką odczułam po opuszczeniu samolotu w
Bangkoku (a dokładniej po przejściu odpraw, odebraniu wizy i bagaży) była przeogromna wilgoć. W Tajlandii mniej więcej od kwietnia do października trwa pora deszczowa. Jest wtedy bardzo wilgotno, gorąco i często padają deszcze. Tego ostatniego na szczęście udawało nam się uniknąć, tylko raz ulewa złapała nas na zwiedzaniu...:)


3. Drugą obserwacją, jakiej dokonałam w stolicy Tajlandii było zjawisko widoczne na zdjęciach...
Podczas, gdy na górze, gdy jechało się płatną drogą, widać było spektakularne wieżowce, drapacze chmur, wystarczyło się wychylić, żeby zobaczyć zwykłą, zakorkowaną ulicę i, no cóż, slamsy. "Domy" pokryte blachą nie robią najlepszego wrażenia na turystach czy biznesmenach przylatujących do, zdawałoby się, metropolii, więc zwyczajnie są one (dość nieudolnie, szczerze mówiąc) ukrywane.





4. Moje ogólne wrażenie co do Bangkoku mogę opisać jedynie słowem ROZCZAROWANIE. Szczerze mówiąc, myśląc o wycieczce byłam mega pozytywnie nastawiona właśnie na Tajlandię, co do Kambodży miałam bardzo mieszane uczucia.
Okazało się zupełnie odwrotnie - Bangkok mogę porównać do Pekinu, który notabene również był dla mnie zawodem. Brudny oraz, w tym przebił Bejing całkowicie, tak śmierdzący, że miejscami zbierało mi się na wymioty.
Ładnie wyglądał na zdjęciach, a w rzeczywistości momentami aż się tam męczyłam.






5. Moja najszczęśliwsza chwila w Bangkoku była również tą, w której bałam się o swoje życie. Jak do tego doszło? Miałyśmy z mamą w planie dojechanie do centrum handlowego, które zresztą jest niesamowicie ciekawym zjawiskiem psychologicznym, gdyż jest miejscem większości interakcji społecznych i generalnie wszystko się tam dzieje. W hotelu dali nam mapkę, na kartce napisali numer autobusu, przystanek na którym wysiąść, generalnie przedszkolak by zrozumiał. 


Jak się później okazało, było dla nich zbyt oczywiste, aby powiedzieć obcokrajowcom, że komunikacja miejska jest dość specyficzna - np. klimatyzowany 204 ma inny rozkład jazdy niż ten nieklimatyzowany. 
Wytłumaczył nam to uprzejmy Tajlandczyk, który wyłapał nas stojące skonfudowane w miejscu przystanku, na którym, jak się również dowiedziałyśmy, wcale niekoniecznie autobus musiał się zatrzymać. 
Przemiły tubylec zatrzymał dla nas tuk-tuka i nawet wynegocjował znacznie korzystniejszą cenę, niż normalnie uzyskałby biały człowiek. Czym jest tuk tuk?
Jest to pojazd ze zdjęcia, napędzany silnikiem, taka miejscowa taksówka, na ulicach były ich setki. Jest to dosyć niezrozumiałe dla Europejczyka, ale w Azji (zauważyłam to zarówno podczas tego wyjazdu, jak i w Chinach) bardzo popularne są skutery. Można ich naliczyć przeszło setkę w kilka minut stojąc w jednym miejscu (potwierdzone naukowo).


Całe niebezpieczeństwo było w tym, że nasz kierowca miał dość szalony styl jazdy, zresztą dość częsty w Azji, ale nie wśród kierowców tuktuków... Przecinał drogę samochodom, przekraczał prędkość, wyprzedzał jadąc przeciwnym pasem... Na początku byłam dość przerażona, jednak po zobaczeniu, jak dobrym, widocznie doświadczonym kierowcą był, zrelaksowałam się. Siedziałam na siedzeniu, wiatr rozwiewał mi włosy (dzięki niemu nie czułam też smrodu miasta), a ja rozkoszowałam się tym, co najbardziej kocham w Azji - życiem, które tętni w każdej sekundzie, ta atmosferą... A jako ciekawostkę dodam, że w drodze powrotnej jechałam z bardzo odpowiedzialnym kierowcą i się wręcz nudziłam!

6. Samo centrum handlowe było nietypowe. Miało aż osiem pięter, a każde zapełnione ludźmi powyżej granicy komfortu osoby spoza Azji. Nie zauważyłam też żadnej Zary ani H&Mu, raczej paręset "stoisk" najczęściej z podróbkami znanych modeli torebek. Jeden sklep szczególnie mnie zniesmaczył, bowiem składał się z autentycznych akcesoriów wykonanych ze skór strusi, krokodyli i innych tak powszechnych zwierząt. 


7. W Bangkoku wszędzie są pozawieszane dziesiątki kabli. Od bodajże 2014-5 roku działa polityka, która stara się to ograniczyć, zresztą nie tylko ze względów estetycznych, jednak do tej pory wygląda to mniej więcej tak:




Za kilka dni czeka tu na Was kolejny post o Tajlandii i Kambodży. Dowiecie się z niego o kontrastach panujących między tymi dwoma krajami oraz przeczytacie moją opowieść o tym, jak Kambodża przerosła wszystkie moje oczekiwania! Zapraszam :)





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...