Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 września 2016

Kilka faktów o mnie!

Wracam do Was po długiej przerwie z zestawem mini faktów o mnie, a właściwie rzeczy, które mogą Was ciekawić... Mam nadzieję, że dotrwacie do końca, gdyż szykuje się sporo nowości, o których mam zamiar Was poinformować... :)

1. Mieszkam w Warszawie i kocham to miasto (planuję napisać na bloga mały przewodnik, m.in. kulinarny, ale brakuje mi zdjęć...)
Mój wymarzony kierunek to Nowy Jork. Moja mama żyła większość życia w Stanach i same zdjęcia czy opowieści napawają mnie nieposkromioną chęcią zamieszkania tam chociaż na jakiś czas.

2. Jaki jest mój wymarzony zawód?  
Moim marzeniem jest to, aby móc się utrzymać robiąc to, co kocham. Do tych rzeczy należą podróże, moda i fotografia, więc jeśli uda mi się pracując robić co najmniej jedno, będę przeszczęśliwa!

3. Co sprawia mi największą radość? 
Z przyziemnych spraw - spotkania z przyjaciółmi. Mam na tyle szczęścia w życiu, że znalazłam te kilka osób, z którymi wystarczy mi krótka rozmowa, aby większość złych emocji poszła w odstawkę. Oprócz tego kocham czytać - kryminały, opowiadania, poezję... Przenosi mnie to w zupełnie inny świat, daleko od moich zmartwień... 
No i uwielbiam snuć plany na przyszłość. To marzenia i małe kroki, dzięki którym dążę do ich spełnienia dają mi największy przypływ energii. 
W sytuacjach kryzysowych robię to wszystko zagryzając ulubionym jedzeniem :)

4. Są to makarony, zupy (pomidorówka grzeje moje serce od przedszkola), frytki belgijskie. Nie pogardzę również pizzą hawajską (tak, z ananasami!!!) czy hummusem.

5. Must have na jesień?
Nie uznaję żadnych must have'ów! Oczywiście, oczy mi lśnią i cieknie mi ślinka jak przeglądam strony sklepów po dodaniu nowej kolekcji, jednak rzadko robię wtedy zakupy. Kocham obserwować zmiany w domach mody czy na wybiegach, jednak uważam, że każda, każdy z nas powinien z przymrużeniem oka wprowadzać trendy do swojej szafy. Sprawdzajmy w czym czujemy się i wyglądamy dobrze, nie odbiegajmy od swojego własnego stylu tylko po to, by być trendy...

6. A jaki jest mój styl? Tego określić nie potrafię. Ostatnio najczęściej chodzę w stonowanych kolorach, stawiam na minimalizm również w formie, jednak w poprzednich postach #ootd widzicie, że ubieram się trochę inaczej. Uważam, że mój styl jest dość charakterystyczny, jednak nie umiem go ubrać w słowa...

7. Co robię na co dzień?
Chodzę do jednego z lepszych warszawskich liceów, do klasy matematyczno-fizycznej i to właśnie nauka pochłania większość mojego czasu. Pisałam już (LINK) moją opinię o tej szkole i ogólnie o moim wyborze, ale teraz muszę Wam przyznać, że prawdziwa jazda bez trzymanki rozpoczęła się na rozszerzonej fizyce!
Oprócz tego uczestniczę w wolontariacie (o którym opowiem w którymś z następnych postów!) :)

8. Jest to też częściową odpowiedzią na pytanie dlaczego na blogu nie ma żadnych nowości. Jak mam trochę wolnego czasu to albo odsypiam albo spotykam się ze znajomymi, żeby mieć chociaż trochę radości w życiu. :)
Drugą kwestią jest to, że nie czuję tak mocna w pisaniu jak czuję się w modzie i moim marzeniem jest, aby blog składał się głównie z postów ze stylizacjami, a jako Panna (albo Lew, wg najnowszych doniesień NASA!) jestem perfekcjonistką, co sprawia, że chcę, aby zdjęcia były jak najlepsze, czego niestety nie zapewnia ani samowyzwalacz ani mama :) Jestem na etapie szukania fotografów i idzie mi całkiem dobrze, więc mam nadzieję, że wkrótce wrócę już na dobre!

9. Dlaczego akurat teraz pojawia się post po tak długiej przerwie? W środku tygodnia, w godzinach szkolnych?
Oczywiście się rozchorowałam! Od jakiegoś piątego roku życia co roku we wrześniu albo październiku mój niezawodny system odpornościowy postanawia zrobić sobie urlop i dopada mnie co najmniej mocne przeziębienie! 
Nie dałam dziś rady dowlec się do szkoły, więc dopóki nie będę miała od kogo wziąć notatek i nadrobić zaległości zamierzam... Pisać posty! 
Zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo w trakcie pisania tego zasnęłam już raz i chyba właśnie szykuje się drugi, ale stay tunned...

SOCIAL MEDIA:

piątek, 29 lipca 2016

Jak przetrwać długi lot? Co można wziąć na pokład samolotu?

Gdy leciałam do Tajlandii, czekał mnie długi lot, w dodatku z przesiadką. W tym poście podzielę się z Wami kilkoma radami dotyczącymi tego, jak przetrwać w podobnej sytuacji.

1. W zależności od długości lotu, na pokładzie na pewno dostaniecie jakiś posiłek. Ale uważajcie Gdy rok temu leciałam do Chin (dreanlinerem, z LOTem) na 7 godzin dostaliśmy poszarpany jeden liść sałaty, przekrojony koktajlowy pomidor (jako sałatka) oraz kanapka z jednym plasterkiem sera. Oczywiście nie muszę mówić, że dodatkowy posiłek był płatny.
W tym roku leciałam z Qatar Airways i, dla przykładu, śniadanie składało się z bułeczki, serka, słodkiego jogurtu, wielkiego omletu z warzywami oraz z ciastka, a obiad z np. makaronu z tofu, ziemniaków, ciasta, sałatki (porządna porcja, tyle składników, że aż nie chce mi się wymieniać), bułeczki, serka, batonika na deser.
Nigdy nie wiecie, jaka Wam się przytrafi sytuacja, więc proponuję przed wylotem zjeść lekkie, ale syte śniadanie.

2. Przed wylotem radzę również się nie malować. Na pewno przyśniecie na pokładzie i jeśli nie chcecie słynnego efektu pandy, czyli czarnych sińców w okolicy oczu od tuszu, polecam odpuścić sobie ten luksus - możecie wziąć kosmetyki ze sobą na pokład i upiększyć się krótko przed lądowaniem - kiedy macie pewność, że nie będziecie już spały.

3. Elektronika - ja zawsze biorę ze sobą słuchawki, ładowarkę do telefonu, powerbank.
Te pierwsze zapewnione są przez linie lotnicze, ale nie zachwycają jakością, więc zawsze decyduję się na swoje własne.
W większości samolotów jest wejście USB, więc możecie podładować telefon - powerbank jest potrzebny na wypadek, gdyby jednak zdarzyło się inaczej.
Co do muzyki - na pokładzie może być Wifi, ale wcale nie musi - dlatego pamiętaj, żeby mieć tak zgraną, aby nie potrzebować internetu do jej odtworzenia...
Aby się nie zanudzić, weźcie koniecznie ze sobą jakąś książkę lub magazyny...
Warto też przejrzeć aplikacje, które oferuje Wasz system operacyjny - m.in. gry.
Moimi faworytami są: Tetris, Atomas, Pasjans - nigdy się nie nudzą :)

4. Woda - koniecznie pamiętajcie, aby pić dużo płynów, bo przez długi lot łatwo można o tym zapomnieć, a nie chcecie zacząć podróży od złego samopoczucia!

5. Ubierzcie się wygodnie! Niejednokrotnie widziałam wystrojone na lotnisko dziewczyny i z góry im współczułam... Najlepiej ubierzcie rzeczy luźne, pamiętajcie, żeby mieć kilka warstw - na lotnisku czy w samolocie może być zimno, a w miejscu, do którego lecicie - upalnie...

6. Linie lotnicze oferują poduszki, jednak fajnym rozwiązaniem jest kupienie takiej, która umożliwia Wam spanie na siedząco - tej owalnej, która zakładacie na kark.




sobota, 2 lipca 2016

Na czym można zaoszczędzić a na co warto wydać więcej pieniędzy?

W tym poście chciałam Wam przedstawić moje subiektywne zestawienie elementów garderoby, na które warto przeznaczyć trochę więcej funduszy z powodów, które również Wam wyłożę.
Pamiętajcie również, że zamiast się wykosztowywać możecie zapolować na te ubrania podczas wyprzedaży, w second-handach lub vintage store'ach!:)

1. Jeansy
Uważam, że na jedną parę klasycznych np. Levisów czy Wranglerów opłaca się przeznaczyć kieszonkowe, gdyż będą nam służyły zdecydowanie dłużej, niż te tanie, które już po kilku praniach wyciągną się czy wyblakną.

LEVIS od ok. 400zł

2. Bielizna
Mam dość nietypowy pogląd - uważam, że na biustonosze warto dużo wydać, ale na majtki niekoniecznie.
W tanim staniku nasz biust będzie się męczyć, a nie daj Boże gnieść, co może doprowadzić nawet do raka piersi! Warto zainwestować w profesjonalne dobranie odpowiedniego rozmiaru i kroju.

Intimissimi


Triumph

3. Buty 
Uważam, że nie można oszczędzać ani na butach sportowych ani, tym bardziej, na szpilkach.
Obuwie zapewnia nam komfort chodzenia, a jeśli uprawiamy jakiś sport, przez oszczędność na obuwiu możemy nabawić się kontuzji!

Temat butów wyczerpałam w niezliczonej ilości poprzednich postów:

4. Biżuteria
Od zawsze jestem absolutną fanką subtelnych łańcuszków - zarówno srebnych, jak i złotych na szyi oraz delikatnych bransoletek na nadgarstkach. Ostatnio zakochałam się również w dużych kolczykach, uważam, że dodają niesamowitego szyku.
Biżuteria jest nieśmiertelna, często przekazywana z pokolenia na pokolenie, więc warto w nią zainwestować.



5. Spódnica 
Jest ubraniem, który, przynajmniej u mnie, nie jest podstawowym elementem garderoby. 
Bez problemu więc wybieram praktycznie najtańsze patrząc jednak na ich skład, by posłużyły mi chociaż trochę. Uwielbiam spódnice i nie umiem zatrzymać się na jednej lub nawet kilku, więc zbankrutowałabym inwestując w każdą krocie!:)

COS


6. Swetry
Uważam, że kaszmirowy jest najwspanialszym ubraniem świata i na ten warto wyłożyć nieco pieniędzy. Warto posiadać również wełniany, zimą, przynajmniej w klimacie, w którym żyjemy, może okazać się niezastąpiony!

7. Rzeczy ze skóry
Są moim absolutnym hitem i rzeczą, która, przynajmniej w mojej głowie (i szafie!) nigdy nie odejdzie w zapomnienie. Warto więc kupić lepszej jakości, żeby posłużyła nam przez dłuuugie lata.




8. Torebki 
Również są elementem, w który lubię "zainwestować". Wyglądają wtedy lepiej, są dobrej jakości i się nie niszczą.

Dionysus Blooms print shoulder bag

9. Okulary przeciwsłoneczne
Osobiście noszę korekcyjne, więc używam ich raz na ruski rok, nawet w wakacje niekoniecznie, gdyż jestem ślepa jak kret. Moim wyborem jest więc Zara, ale szczęśliwców z sokolim wzrokiem odsyłam do mojego posta: 

10. Koszule, bluzy, tshirty, skarpetki, itp. są rzeczami, które lubię posiadać w dużej ilości, więc uznaję wydawanie na nie krocia za szybką drogę do upadłości finansowej.

Dodatkowe zdjęcie





Moja babcia zwykła mówić, że jeśli jesteś biedny, powinieneś kupować drogie rzeczy, bo wystarczą na lata. 
W 2016 roku nie mogę przytaknąć jej bez sprostowania. W świecie konsumpcjonizmu, gdzie często największą wartością rzeczy jest logo i metka, stosowanie się do tej zasady może wpędzić w kłopoty. Proponuję więc przede wszystkim patrzeć na skład ubrań i to nim kierować się w zakupie, a będziemy mieli szafę wiecznie pięknych, zawsze wygodnych i dobrych jakościowo ciuchów, które będziemy kochać (bo przecież nie kupimy rzeczy, do której nie będziemy w pełni przekonani, jeśli będzie nas kosztowała duże pieniądze).
I takiej właśnie szafy Wam wszystkim życzę! 

czwartek, 30 czerwca 2016

Kilka słów o liceum - jak wyglądał mój wybór i jak upłynęła mi pierwsza klasa.

Większość z Was stało już, a część właśnie stoi przed niezwykle ważną decyzją, jaką jest wybór odpowiedniego liceum lub technikum. W tym poście odniosę się tylko do tego pierwszego, gdyż w tej dziedzinie mam "doświadczenie" i czuję się pewnie udzielając rad.
Jakie wydarzenia prowadziły do zaznaczenia przeze mnie właśnie takich szkół na podaniu? Spieszę z opowieścią. Chodziłam po niezliczonej ilości dni otwartych, pytałam starszych znajomych, gadałam z nauczycielami, pytałam na forach i grupach na facebooku. Nadmiar warszawskich szkół (jest ich ponad 220!) spowodował, że tydzień przed ostatecznym terminem składania podań byłam w rozsypce i miałam mętlik w głowie jak nigdy. Przez kilka miesięcy miałam w głowie ułożone w kolejności około 5 szkół. Już sam wybór między nimi nie byłby łatwy biorąc pod uwagę presję, pod którą się znajdowałam. Ciężko było znaleźć wtedy kogokolwiek nie zaprzątniętego tym tematem, więc po kilku rozmowach wśród tych "fajnych", dobrych szkół, do których mogłabym złożyć papiery było blisko 20. I teraz spróbujmy wybrać z nich 3, w odpowiedniej kolejności, z takimi progami, żeby się gdzieś dostać.
Większość ludzi, których znałam przyjmowała następującą strategię - pierwszy wybór to nasza szkoła marzeń, do której często mamy nawet niewielkie szanse się dostać, druga szkoła to dość dobra placówka, zbliżona do tej z poprzedniego wyboru, a trzecia to nasze koło awaryjne, żeby nie zostać w sierpniu bez żadnej szkoły. Oczywiście taki był również mój plan, w ciągu ostatnich dni nie rozstawałam się z kartką podzieloną na trzy części i wypisanymi nazwiskami patronów szkół oddzielonymi ukośnikami.
Tak się w tym wyborze zagubiłam, że gdy już potwierdziłam wybór, wszyscy znajomi wytykali mi głupotę. Pocieszali jednak, że jak mnie nigdzie nie przyjmą, co na pewno się stanie biorąc pod uwagę pułap punktowy szkół, które sobie upatrzyłam, to mam pewność, że po sierpniowej tułaczce gdzieś tam mnie przyjmą... Mimo wszystko byłam całkiem spokojna jak na okoliczności, a wakacje upłynęły mi całkiem przyjemnie... Wbrew przewidywaniom mojego otoczenia, dostałam się i to nawet do szkoły mojego drugiego wyboru. 
Do całej sprawy podchodziłam dość sceptycznie, umieściłam ją bowiem na podaniu pod wpływem impulsu, a konkretnie - podczas ostatecznej męczarni (ostatecznej, bo został jeden dzień do upływu ostatecznego terminu składania podań) zadzwonił do mnie przyjaciel i rzucił coś w stylu "aa, dawaj, chodź ze mną do XYZ, będzie fajnie!". Właściwie to jest to dokładny cytat, który pamiętam, bo wypominam mu tamtą rozmowę za każdym razem, gdy pyta, jak tam w szkole. Żeby było jasne - nie jestem osobą, która ślepo idzie za innymi. Opinii tej jednej osoby ufałam, szkoła znajduje się wysoko w rankingu, a w wynikach maturalnych dwóch najważniejszych dla mnie przedmiotów wygrywa z innymi liceami w przedbiegach.
Oboje dostaliśmy się do tej samej klasy i podchodziliśmy z entuzjazmem do kolejnych trzech lat przenośnego i pewnie dosłownego wspólnego siedzenia w szkolnej ławce.
Pierwszy alarm zadzwonił mi w głowie, gdy na rozpoczęciu dyrektorka powiedziała coś na wzór "nie ma czasu wolnego, jest czas zadaniowy" (znowu cytat, wypominam sobie, że wtedy nie wyszłam bezpowrotnie). Drugi, jeszcze tego samego dnia, gdy do naszej sali weszła nauczycielka wiodącego w mojej klasie przedmiotu i nawet mój wychowawca wydawał się jej bać - mogłam domyślić się, jakimi sposobami uzyskuje takie wyniki.
Tego samego dnia kolega dostał się do szkoły, do której dostałby się już w pierwszej rekrutacji, gdyby składał do niej papiery. Szkoła była dużo bardziej prestiżowa od naszej (nawet jeśli ma śladowo gorsze wyniki) i skończyła ją matka kolegi, wybór więc był całkiem oczywisty.
Zostałam więc sama na polu walki. Walki z czym?
Z klasą, która sekundę po dzwonku na przerwę ucieka do pociągu, żeby wrócić do domu i się uczyć.
Z którą przez pierwszy semestr miałam mocno pod górkę, bo nie odczytywali żartów, sarkazmu i ironii i przez to odczytywali mnie w niezbyt ciekawy sposób.
Z nauczycielami, którzy sprawili mi dziesiątki, setki godzin uczenia się na przedmioty, które są mi potrzebne jak rower rybie zarówno na maturze, jak i w życiu.
Z nauczycielami, którzy obniżają Ci oceny za Twoje poglądy.
Z nauczycielami, którzy mając z Tobą nawet 7 lekcji tygodniowo mówią do Ciebie "pani w okularach".
Z wychowawcą, który, gdy skarżymy się na niesprawiedliwość jakiegoś nauczyciela, wzrusza ramionami i się uśmiecha....
Ze stresem, przez który zaczęłam mieć problemy z sercem, mdleć oraz m.in. przez który przytyłam ponad 10 kg (a właściwie przez jedzenie, którym go zapycham).
Ze szkołą, dla której liczy się tylko wynik matury, a my jesteśmy narzędziami do podskoczenia w rankingu, nieważne, jakim kosztem.

W większości dobrych liceum jest podobnie, przynajmniej według tego, co opowiadają moi znajomi, nie ma więc zbytnio gdzie uciekać.
Poza tym, już się przyzwyczaiłam, mam grupkę znajomych na roczniku, z którymi odcinam się od reszty. Nauczyłam śmiać się z dziwactw tej szkoły, ciągle uodparniam się na stres, a absolwenci mówią, że jeśli przetrwamy te lata to już nic nam w życiu nie będzie straszne.
Przetrwałam już rok, który wiele mnie nauczył, poznałam siebie, dowiedziałam się, czego tak naprawdę chcę i nawet, jeśli to zupełnie nie jest to, co przeżywam w tej szkole, każdy dzień jest łatwiejszy i, szczerze, już się powoli wszyscy przyzwyczailiśmy.
Zwykłam mówić, że "czuję się w tej szkole jak w domu. Co prawda w takim, co nie karmią, biją i gnębią, ale w domu"...

A do przyszłych licealistów mam kilka rad. Nawet, jeśli u was w szkołach będzie inaczej, myślę, że są to całkiem uniwersalne słowa.
Po pierwsze - na pewno zapomnijcie o piątkach ze wszystkiego (jeśli chcecie się załapać na trochę życia społecznego, trochę rozwijania swoich zainteresowań lub chociaż trochę snu). Skupcie się na przedmiotach maturalnych (i językach).
Znajdźcie kilka osób, w otoczeniu których jesteście szczęśliwsi.
Nauczcie się nie przejmować będąc wyzywanym od tłumoków albo... gorzej! humanistów, jeśli jesteście na profilu matematyczny, chociaż wiem, jaką to wydaje się ujmą :P

Słowem, nabierzcie do wszystkiego dystansu. I myślę, że poza przygotowaniem do matury, to jest główna, niepisana rola liceum - przygotowanie nas do życia, które nie zawsze jest kolorowe, czasami nas stresuje, czasem ludzie np. w pracy zupełnie nie spełniają naszych oczekiwań, pracodawcy wydają się nas nie doceniać, a nam się wszystkiego odechciewa...

Od czasów wprowadzenia wszystkich rankingów, licea może nie są i prawdopodobnie nie będą najlepszymi trzema latami życia, jednak wyciśnijmy z nich tyle, ile się da, zapracujmy na studia i dalsze życie, na lata, podczas których odbijemy sobie dzisiejsze wypruwanie sobie żył :)

Pierwszy raz tak wyczekiwałam wakacji, odpoczynku, pierwszy raz aż tak tego potrzebuję... Jednak czuję, że będzie to cudowny czas i za dwa miesiące przyjdę do szkoły gotowa na kolejny rok zmagań...


środa, 29 czerwca 2016

Przerwa i powrót w wielkim stylu!

Za kilka dni na blogu zaczną znowu pojawiać się wpisy!
Brak mojej aktywności tutaj spowodowany jest kompletnym deficytem wolnego czasu i energii, jaki doskwierał mi głównie przez szkołę.
Ale teraz rozpoczęłam wakacje, odespałam należne i zabieram się do roboty, a właściwie do tego, co sprawia mi radość! :)
Za nieco ponad tydzień wylatuję do Tajlandii i Kambodży, więc po moim powrocie możecie spodziewać się serii postów. Nie zapeszając, postanowiłam rozwinąć się również na gruncie fotografii mody, o czym zawsze marzyłam, więc efekty mojej zabawy w fotografa street stylu również będę zamieszczać tutaj.
Mimo ciągłego stresu i braku czasu, czuję, jakby ten rok bardzo mnie rozwinął i zmienił, również jeśli chodzi o dążenie do celu i motywacje, liczę więc, że każdy mój post będzie lepszy od poprzedniego i blog w końcu spełni chociaż moje własne oczekiwania, nie mówiąc już o waszych, czytelników, których liczba, mimo niepisanej śpiączki bloga, wciąż rośnie.

czwartek, 17 marca 2016

Nowości

W zeszłym tygodniu zanotowałam na swoim blogu pierwszy negatywny komentarz. Moja reakcja? Zażenowanie - najpierw zapisałam, a później usunęłam niepochlebny wpis. Już za chwilę bardziej zażenowana byłam swoim zachowaniem.
Cytując:

"Jest trochę błędów w tym poście jeśli chodzi o język angielski (który moim zdaniem jest zupełnie niepotrzebny, bo blog nie ma kilku tysięcy obserwatorów z różnych państw anglojęzycznych), ogólnie to wolę posty, które są bardziej osobiste - wstawianie swoich zdjęć, swoich przemyśleń o danych zapachach itp. Ale koniecznie próbuj i pisz dalej :)"

Jak tylko przeczytałam początek komentarza, moją pierwszą, odruchową myślą było to, że nie obchodzi mnie ilu mam obserwatorów, moda jest moją pasją i nawet, jeśli zarażę nią jedną osobę - czy to z Polski czy spoza niej - będzie to dla mnie nieopisana radość. Drugim, mniej instynktownym przemyśleniem było to, że rzeczywiście, mój angielski pozostawia sporo do życzenia. Wcześniejszym moim zamysłem było doszlifowanie go między innymi właśnie poprzez pisanie postów, jednak teraz myślę, że mój blog, moje dziecko, nie powinno być królikiem doświadczalnym...
Odnośnie tematyki moich postów, rzeczywiście, trochę lekko kuleje... Nawet, jeśli posty typu inspiracja czy gdzie kupić są (moim zdaniem) przydatne i ciekawe, powinny być przeplatane z tymi osobistymi, pisanymi i zdjęciami stylizacji. Co do tego ostatniego, dogadałam się ostatnio z mamą, która zgodziła się robić mi zdjęcia na bloga, jednak musimy trochę popracować, żeby były na lepszym poziomie, niż te poprzednie na blogu, robione samowyzwalaczem... :)
Co do pisanych postów, ostatnio moje myśli przepełnione są melancholią, więc nie wiem, czy jakkolwiek miło się coś takiego czyta i czy znajdzie się jakikolwiek chętny, ale jestem w stanie zaryzykować i sprawdzić :)
Odnosząc się do końcówki wypowiedzi "hejtera" - ja się nigdy nie poddaję, opór osła sprawia, że nawet jakbyś chciał/a to byś mnie nie powstrzymał, a w tej, odmiennej sytuacji - dziękuję Ci za konstruktywną krytykę i temat przemyśleń:)
Tak więc, podsumowując moje wszystkie myśli pobieżnie zgromadzone w tym poście, możecie szykować się na mój wielki, jednojęzykowy powrót! :)

wtorek, 16 lutego 2016

Praca wakacyjna kelnerki - zalety i wady

W zeszłe lato pracowałam jako kelnerka w małej restauracji. Wkrótce lato i zapewne część z Was zaczęła się zastanawiać nad podjęciem wakacyjnej pracy.
Nie miałam wtedy skończonych 16 lat, więc właściwie cudem jest, że mnie przyjeli. Oczywiście pracowałam "na czarno", pensje dostawałam pod koniec każdego dnia, a przed resztą pracowników byłam studentką marketingu... :) Ale da się? Da się! :P
Opowiem o samej restauracji - bardzo mała, rodzinna wręcz atmosfera, goście znają właściciela, on się do nich często dosiada na rozmowę... Codziennie przychodzą w odwiedziny jego córka i żona - szef był również jedynym kucharzem. Dwie- trzy kelnerki, jedna z nich obsługiwała też kasę fiskalną. Nie była to typowa restauracja - goście zamawiali jedzenie przy barze, ja nakładałam surówkę, którą później zanosiłam prosto do stolika, klient brał sobie sztućce z półki powieszonej na ścianie. Przy kasie fiskalnej mały stoliczek z napisem "tips". Wiadomo, napiwki były zerowe, jak tylko coś "wpadło", byłam wysyłana do pobliskiego spożywczaka po pięcio-litrowy baniak wody. Często też musiałam biegać rozmieniać pieniądze, co było zrozumiałe, lub, co już dziwniejsze po pastylki pomagające rzucić palenie dla szefa... :)
W głowie mąciła mi złośliwa koleżanka - dawała sprzeczne wskazówki, była zgryźliwa. Jednak fakt, że była taka dla wszystkich pracowników często był powodem mojego skrytego śmiechu. Kolejną zaletą byli klienci, często dowcipni i prawie zawsze sympatyczni. Wiadomo, zdarzali się tacy wyraźnie niezadowoleni z życia i dający upust swojej złości właśnie w restauracji, jednak szybko się uodporniłam.
Następnym plusem jest oczywiście to, że za pracę otrzymujemy pieniędzy. W tym przypadku nie dostawałam nic z napiwków, ale jeśli znajdziecie miejsce, gdzie jest inaczej - nie zastanawiajcie się nawet chwili! W dobrych restauracjach niektóre dziewczyny wyciągają z nich nawet dwukrotność pensji! 
Praca sama w sobie bardzo męcząca, tyle godzin stania, ganiania z talerzami, zamiatania, a godziny lunchowe były horrorem. Ciekawa historyjka - pewnego dnia przyszła dziewczyna, studentka, na dzień próbny. Przyszła właśnie chwilę przed wyżej wspomnianą porą. Miła, uśmiechnięta, ucieszyłam się, że w końcu któś młodszy i sympatyczny - jakaś opozycja do Pani Złośliwej. Gdy poszła przebrać się w fartuch, umyć ręce, zaczął się chaos. Krzyczenie zamówień do kuchni, dostawianie stołów, noszenie pięciu zamówień na raz. Nowa, niczego jeszcze nienauczona, stała bezczynnie i jedynie przyglądała się sytuacji. Gdy sytuacja się uspokoiła i korpoludki wróciły do pracy zwróciłyśmy uwagę na to, że znowu zostałyśmy we dwie. Okazało się, że dziewczynie wystarczyło jakieś pięć minut, żeby uznać, że "to jednak nie praca dla niej", jak powiadomiła szefów:)
Oprócz podsumowania widocznego w tabelce poniżej, dodam coś od siebie - gratulacje i "szacun" dla wszystkich małolatów, którzy, tak jak ja idą do pracy, żeby jakoś spożytkować nadmiar wolnego czasu w wakacje i uzbierać na swoje jakieś mniej racjonalne zachcianki (w moim przypadku była to deskorolka, której rodzice nie chcieli mi kupić, bo niebezpieczna, a ja jestem niezdarą oraz jakieś trzy pary butów:p). :)


W tym roku spróbuję się zatrudnić w branży odżieżowej - jest to znacznie bliższe moim pasjom i w przeciwieństwie do kelnerowania, mogłabym nauczyć się czegoś, co mi się przyda w przyszłości! :) Mam nadzieję, że mój wiek nie będzie przeszkodą...

czwartek, 31 grudnia 2015

Oriflame - o co chodzi?

Na czym polega współpraca konsultant-firma w Oriflame?
Oriflame jest szwedzką firmą produkującą perfumy, kosmetyki do makijażu, szampony, odżywki, kremy i wiele wiele więcej. Jej chlubą jest doskonała jakość przy bardzo niskiej cenie. Wiąże się to z brakiem sklepów stacjonarnych, a większość pracowników to konsultanci - znika wiele kosztów utrzymania wliczających się w cenę rzeczy kupowanych przez nas w drogeriach... ;)

Do dołączenia namówiła mnie koleżanka, wymieniając mi wiele korzyści - dość spory zarobek w porównaniu z nakładem pracy, gratisy, różne nagrody, szkolenia, itp.
Nie jestem pełnoletnia, więc musiałam pojechać wraz ze zgodą i dokumentami rodziców do głównej siedziby firmy. Odbyłam dość długą rozmowę wprowadzającą mnie w historię firmy, podstawowe produkty i wszystkie procedury. Pierwsze wrażenie? Super! Rodzinna wręcz atmosfera, przedstawione mi zostały wszystkie korzyści, ja przed oczyma już miałam migające dolary i torebkę, którą sobie kupię, jak już zarobię...

Na czym polega tak naprawdę bycie konsultantką? 
Kupuję katalogi w wersji papierowej (ok. 1,50zł za sztukę!), rozdaję je wśród rodziny, znajomych, itp. Później zbieram "listę zakupów" i za pośrednictwem strony internetowej zamawiam to, płacąc nieco mniej, niż sugerowałaby cena katalogowa produktu. Kiedy daję je klientom, otrzymuję pieniądze i spłacam "dług" u Oriflame.
Za każdą wydaną ilość pieniędzy otrzymuję daną ilość punktów, które w każdym katalogu sumują się. Przez pierwsze trzy katalogi, gdy zdobędę określoną ilość, mogę później zakupić za kilka złoty produkty warte znacznie więcej - jest to tzw. Program Powitalny.

Zapewne nie dziwicie mi się, że po dołączeniu do grona konsultantów byłam wniebowzięta. Będę zarabiała od 10 do nawet 25% ze swojej sprzedaży, dodatkowo odsprzedawała zdobyte nagrody... Pospieszne obliczenia przyprawiły o zawrót głowy... Jednak...

Jak w praktyce wygląda współpraca z Oriflame?
Firma nie ma aż takiej renomy wśród społeczeństwa, ciężko znaleźć nabywców produktów. Większość moich znajomych ma już swoje ulubione, sprawdzone marki i nie szukają urozmaiceń. Mylą również cenę rzeczy z marną jakością, nawet gratisy po obniżonej cenie jest mi ciężko sprzedać...

Tutaj macie aktualny katalog:
http://pl.oriflame.com/products/digital-catalogue-current?p=201601

Jeśli któraś z Was chciałaby coś kupić albo ma wśród znajomych potencjalnych kupców i sama chciałaby zostać konsultantką... Nie krępujcie się - piszcie!

W następnym poście recenzja kilku produktów!



poniedziałek, 13 lipca 2015

Na czym polega fenomen Taylor Swift?

Młoda gwiazda ma na koncie dziesiątki nagród, jej przeboje utrzymują się długie tygodnie na szczytach list, a bilety na koncerty zostają wyprzedane w ciągu kilkudziesięciu sekund... 
W tym poście jednak poruszę bardziej mnie interesujący fenomen nie tyle jej muzyki o ile jej osoby.

Można by powiedzieć, że ludzie na świecie dzielą się na dwie grupy - tych, którzy ją kochają i tych, którzy nienawidzą, there's no in between :)

Ta druga grupa uważa jej piosenki za komercyjne "śpiewki" o byłych miłościach. W większości nie sposób się z nimi nie zgodzić. Wiele fanów jednak utożsamia się z bądź co bądź dobrze napisanymi tekstami. Niezwyciężonym obaleniem mitu o tematyce utworów Taylor jest piosenka "Ronan". Została napisana na cześć chłopca o tym imieniu, który przegrał walkę z nowotworem. 

Wielu uważa piosenkarkę za głupią, egoistyczną dziewczynę, która jedynie myśli o mężczyznach i możliwości przekształcenia związku w nowy hit....:)
Ona zaś niejednokrotnie pokazała, jak dba o fanów m. in. swoimi długimi odpowiedziami na nawet najbardziej błahe ich problemy. Co jakiś czas w mediach ukazuje się opowieść jak to gwiazda pop np. opłaciła ubogiej fance trymestr studiów czy innej, chorej na białaczkę,  opłaciła 50 tys. dolarową kurację... No cóż, pieniędzy jej nie brakuje (w 2013r. zarobiła 40mln dolarów), a jej wielkie serce jest już "chodzącą legendą" znaną nawet jej antyfanom.

A przede wszystkim, co jest cechą cenioną przez chyba wszystkich ludzi na świecie, jest niesamowicie szczera (i jednocześnie przezabawna!), co możemy zobaczyć na jej twitterze, instagramie czy tumblrze, gdzie pokazuje swoją bardziej ludzką odsłonę :)

Najważniejsze jest, aby przed ewentualną oceną kogokolwiek (jeśli już koniecznie potrzebujemy tę osobę ocenić) przyjrzeć się wszystkim aspektom.
I uwzględnić, że nigdy nie wiemy wszystkiego i nasze wyobrażenie o danej osobie składa się z tego, co dana osoba chce nam pokazać, jak to odbierzemy i co sobie dopowiemy.
Także ostrożnie, często osądy potrafią być naprawdę krzywdzące i Taylor Swift jest tylko pierwszym lepszym przykładem to ukazującym :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...